Krzysztof Majak. Pomaratońska cisza

Krzysztof Majak - cel osiągnięty - przebiegłem maraton :)
Krzysztof Majak - cel osiągnięty - przebiegłem maraton :) Fot. Archiwum własne
Już trzy razy zaczynałem ten wpis. Bo właściwie o czym pisze się w takich chwilach? O tym, jak bardzo jestem szczęśliwy po przebiegnięciu maratonu? Tego opisać się nie da. A może kilka zdań o tym, jak mnie dziś wszystko boli? Tego z kolei opisywać nie ma sensu, bo w końcu nie ma nic za darmo. Mam ochotę napisać, że jest mi jakoś dziwnie... Dziwnie cicho...

Nie mogę uwierzyć, że już po wszystkim. Nie chcę uwierzyć. Czy program #BiegajNaZdrowie nie może potrwać jeszcze kilka miesięcy?Co teraz będzie? Czy będę dalej trenował? Na razie nie ma odpowiedzi na pytania o przyszłość... Rozeszliśmy się do domów i spokojnie dochodzimy do siebie, pozbawieni napięcia, które towarzyszyło nam przez ostatnie tygodnie. Nastała pomaratońska cisza...

Wszyscy pytają dziś, jak było. I właściwie nie wiem, jak odpowiedzieć. Że było ciężko? Było. Czy miałem ochotę zejść z trasy, wmieszać się w tłum kibiców i iść do domu? Tak, miałem, kilka razy. Jak się czuję po przebiegnięciu 42 kilometrów? Mniej więcej tak jak chodzę - dość dziwnie. Ale gdybym miał odpowiedzieć na wszystkie zadawane mi dziś pytania jednym słowem, odpowiedziałbym - "wspaniale".
Wspaniale, bo się udało. Przebiegłem maraton, co wcale nie wydawało się niemożliwe. To było niemożliwe, ale dzięki treningom stało się realne.

Wspaniale, bo mimo że dwa razy się zatrzymałem, ruszyłem do przodu. Za pierwszym razem na 36 kilometrze - na kilka sekund. Na szczęście szybko zrozumiałem, że jeśli natychmiast nie zacznę biec, będzie po maratonie.

Wspaniale, że na czterdziestym kilometrze, gdy zatrzymałem się po raz drugi, podeszła do mnie pewna kobieta. Zapytała, czy dobrze się czuję. Odpowiedziałem, że tak, ale że po prostu nie mam już siły. Że nie dam rady. Powiedziała: Biegnij, nie możesz teraz przestać. Niech to będzie świński trucht, ale biegnij. Pobiegłem. Świńskim truchtem.

Wspaniale było zobaczyć przyjaciół, którzy kibicowali mi na trasie i czekali na mnie na mecie. Powiedziałem im, że widzimy się o 12:30. Spotkaliśmy się o czasie - co do minuty.

Wspaniale było dostać smsa:

Gratulujemy ukonczenia 37. PZU Maraton Warszawski. Twoj czas brutto: 03:30:13, netto: 03:29:37, miejsce: 940-Open, 157-M20


Wszystko to jest dziś dla mnie wspaniałe. Wspaniale, że w moim życiu pojawił się program Biegaj na Zdrowie. I szczerze, to jedna z najlepszych rzeczy, jaka mi się w życiu przytrafiła. Wszystko dzięki Agacie Lipiec z PZU, która wpadła na ten pomysł. Wspaniały pomysł.

Ale osób, dzięki którym to się udało było zdecydowanie więcej. Rodzice, którzy wspierali mnie od samego początku. Choć mama nie mogła uwierzyć, że na potrzeby przygotowań ograniczyłem jedzenie mięsa do ryb (zawsze jadłem wszystko i w każdej ilości).

Nie udałoby mi się przebiec maratonu, gdyby nie trener Grzegorz Zwierzchoń. Wiem, że nie byłem najłatwiejszą do okiełznania osobą w zespole. Nie zawsze lubiłem się słuchać i nie raz trzeba było mnie przywoływać do porządku. I to właśnie Grzesiek wie, w jakim byłem stanie kilka minut po dobiegnięciu do mety. Prawdę mówiąc, trudno było mi powstrzymywać łzy. Chyba się wzruszyłem. Dzięki Grzegorz.

Dziękuję pozostałym uczestnikom akcji #BiegajNaZdrowie. Ewie, Mai, Sylwii, Maćkowi i oczywiście Pawłowi. Jesteście super i dzięki, że miałem okazję Was poznać. DALIŚMY RADĘ!!!

Dziękuję Ani Kuczkowiskiej, która na kilkadziesiąt godzin przed startem ratowała moje biodro. Nie ma to jak przeżyć najpoważniejszą kontuzję w czasie półtorarocznych przygotować tuż przed startem. No ale byłem pod opieką fachowców - Aniu, dziękuję! :) I Justynie Mizerze, dzięki której straciłem oponę z brzucha. Prawdziwa dieta cud!

Przede wszystkim dziękuję moim przyjaciołom, którzy od początki mi kibicowali. Lamie, Marlenie, Marcie, Zuzce, Bogdanowi, Basowi, Marysi. I całej redakcji naTemat która dziś mnie tak miło powitała w pracy.


Dzięki!
Trwa ładowanie komentarzy...