Krzysztof Majak: 240 kilometrów w miesiąc - najpiękniejszy w moim sportowym życiu

Chyba z biegiem lat robię się coraz bardziej sentymentalny. Za 27 dni maraton, więc powinienem siedzieć teraz zestresowany i pisać o tym, jak bardzo się boję 42 kilometrów. Tymczasem ja boję się tego, co będzie po przebiegnięciu, gdy już będzie po wszystkim.

To banał, ale myślę o tym, kiedy ten czas zleciał. Dopiero co uczestnicy programu spotkali się na warszawskiej Agrykoli, aby dowiedzieć się, na czym będzie polegał program Biegaj na Zdrowie. Nie znaliśmy się, nie wiedzieliśmy jak to będzie. Wiele osób nawet nie zdążyło się poznać z resztą, bo tak szybko okazało się, że nie mogą kontynuować przygotowań do maratonu. Ale dziś, gdy biegamy razem od ponad półtora roku zaczęliśmy tworzyć małą społeczności, która za kilka tygodni się rozsypie.

Tak to już w życiu jest. Najlepsi przyjaciele w pracy, którzy spędzają ze sobą całe dnie rozstają się wraz ze zmianą formy. Mimo zapewnień o spotkaniach, mimo próśb "odzywaj się" jakoś to wszystko nie dochodzi nigdy do skutku. Po prostu mamy na głowie tak wiele spraw, że co z oczu, to z serca. Tak samo bywa z ludźmi.

Boję się nie tylko tego, że nasza grupa się rozsypie (choć na fali wielkiego sukcesu jakim będzie przebiegnięcie maratonu). Boję się też ze strony czysto sportowej, a nie tylko ludzkiej. Wielu trenerów mówi, jak ważne jest stawianie sobie celów. Przebiec 5 km, pokonać półmaraton, dobiec do mety maratonu - gdy wiemy, dokąd chcemy dojść, o wiele łatwiej jest nam znaleźć drogę. Pytanie tylko, co będzie z nami, gdy już go osiągniemy?

Niektórzy budują domy i w zasadzie nigdy ich nie kończą. Nieustannie coś przerabiają, robią poprawki, snują plany o rozbudowie. Bo gdyby uznali, że dom jest skończony, stracili by jakiś sens w życiu. Czy przebiegnięcie maratonu będzie dla nas symbolicznym zawieszeniem wiechy na dachu? Chciałbym, aby było inaczej.

Bardzo trudno mi się mobilizować. Należę do osób, które potrzebują jakiegoś bata nad sobą. Terminu, złożonej obietnicy, szefa. W programie Biegaj na Zdrowie miałem trenera, który regularnie ochrzaniał mnie, gdy tylko olewałem treningi, serwując zawsze doskonałe wymówki. Jeszcze gorszym batem jest sam maraton, na którego wymówki nie działają. Będę przygotowany i przebiegnę, albo nie. Proste.

Już dziś myślę o tym, co się ze mną stanie po maratonie. Czy będę biegał dalej? Czy może zacznę odpuszczać, a w końcu zapomnę o bieganiu. A może znajdę nowy sposób na sport, a bieganie będzie jego uzupełnieniem? Dziś tego nie wiem.

Staram się skupić na celu, bo wciąż jestem w tej komfortowej sytuacji, że moje życie pozazawodowe skupione jest na projekcie "maraton" i właściwie wszystko jest mu dziś podporządkowane. W sierpniu przebiegłem około 240 kilometrów i trudno mi sobie wyobrazić, abym kiedyś w swoim życiu miał równie "sportowy", równie piękny miesiąc.

Za 27 dni staniemy na mecie maratonu i przyjmuję to dziś za pewnik. Walczmy ze sobą, walczmy o czasy, wykorzystajmy te ostatnie tygodnie najlepiej, jak tylko się da. Wiem, że program trwa w najlepsze i jesteśmy w najgorętszym okresie przygotowań. Ale ja już teraz dziękuję za to, że spędziliśmy razem te ostatnie półtora roku. W porównaniu do wysiłku który już mamy za sobą, maraton będzie dla nas jak bułka z masłem. Powodzenia!
Trwa ładowanie komentarzy...