Krzysztof Majak: Biegałem, żeby schudnąć. Teraz biegam ze strachu

Nie ma co silić się na oryginalny wpis, bo czuję dokładnie to, co reszta przygotowujących się do 37. PZU Maratonu Warszawskiego. Zostało osiem tygodni, a ja coraz mniej wierzę, abym był gotowy na tak długi dystans. Po prostu sobie tego nie wyobrażam.

Mam wrażenie, jakby program #BiegajNaZdrowie zaczął się wczoraj. Wtedy, gdy po raz pierwszy spotkałem pozostałych uczestników nikt nie mógł przypuszczać, jak daleko to zajdzie. Nikt nie mógł przypuszczać, jak wiele osób odpadnie z programu z powodów zdrowotnych, zawodowych czy osobistych.

Nikt też nie przypuszczał, na co dokładnie się pisze podpisując umowę, której zwieńczeniem jest pokonanie maratonu. Kto mógł wiedzieć, że z Pawła Lipca zostanie tylko pół Pawła. W każdym razie to lepsze (większe?) pół. Albo, że ten sam los spotka Maćka Hassę, czy Ewę Koprowską. Ja sam nie przypuszczałem, że na osiem tygodni przed maratonem będę ważył 68 kilo, czyli najmniej od kilkunastu lat. A to jeszcze nie koniec, bo wciąż trochę tłuszczu zostało na brzuchu.

Ale oprócz wagi, coraz bardziej tracę przekonanie, że się uda. Wydawało się, że półtora roku na przygotowanie się "od zera do maratończyka" to szmat czasu. Ale tak mogłem myśleć co najwyżej ja - żółtodziób w bieganiu. Wydawało mi się, że w lipcu czy sierpniu będziemy w zasadzie gotowi do biegu, a do uzupełnienia pozostaną już tylko braki w technice czy prędkości. Rzeczywistość zaskoczyła mnie niczym zima drogowca.

Przygotowanie się do maratonu to cholernie ciężki kawałek chleba. Nie tylko dlatego, że bieganie trzeba po prostu pokochać, aby robić to tak często, jak wymaga trener. Treningi oznaczają przede wszystkim rezygnacje ze zdecydowanie większej liczby rzeczy, niż się spodziewałem. Nie chodzi wyłącznie o dietę, która zmieniła się w moim przypadku diametralnie (z mięsa jem już tylko ryby). Treningi wymagają tak dużo czasu, że trudno znaleźć czas na cokolwiek innego.

W lipcu przebiegłem około 180 - 190 kilometrów. Wieloletni biegacze powiedzą - mało. Początkujący, że niebywale dużo. Mogę powiedzieć, co to oznacza dla mnie - dostosowanie niemal całego wolnego czasu pod treningi, których na szczęście mam tylko cztery tygodniowo, choć trener ostatnio mi powiedział, że powinienem biegać codziennie.

Trening zajmuje dziś minimum godzinę, aż do 2,5 godziny samego biegu. Do tego trzeba doliczyć rozciąganie, prysznic itd. Trudno też sobie wyobrazić, aby po pokonaniu 25 kilometrów mieć jeszcze siłę na cokolwiek. A gdzie czas na inne rozrywki? Na przygotowanie się do pracy? Na poczytanie książki? Na film? Coś za coś - jak ze wszystkim w życiu.

Maciek Hassa pisał ostatnio, że wystarczyłoby mu pokonanie półmaratonu. Z jednej strony się z nim zgadzam, bo przygotowania do tego dystansu są znacznie lżejsze i nieporównywalnie mniej obciążają organizm i kalendarz. Z drugiej... Cały czas myślę o tym, że to być ostatnia szansa na pokonanie takiego dystansu. To wyzwanie, które wszyscy podjęliśmy i tak jak Ewa, Maja, Sylwia Paweł i Maciek, zmierzam je wykonać. Ale jak na razie, patrząc w jakim jestem stanie po przebiegnięciu niespełna 30 kilometrów, wydaje mi się to wręcz niemożliwe. Gdzie 30, a gdzie 42 z hakiem?

Przede mną kilka tygodni, w tym 10 dni urlopu. Mam zamiar wykorzystać je maksymalnie i nie opuścić nawet kilometra zapisanego w moim biegowym kalendarzu. Z chęci, z obowiązku i co najważniejsze ze strachu. Nie mam zamiaru czołgać się do mety i za dużo już mnie to kosztowało, aby się teraz poddać.
Trwa ładowanie komentarzy...