Krzysztof Majak: Fast run, fast food

fot. Krzysztof Majak
Mija właśnie czwarta godzina mojej podróży z Waszyngtonu do Chicago. Większość piątego dnia urlopu w Stanach Zjednoczonych spędzę w pociągu, bo przejazd zajmie mi aż 17 godzin. Podziwiając widoki za oknem, zastanawiam się co mi bardziej doskwiera: obolałe nogi po treningach biegowych, czy unoszący się w pociągu wszechobecny aromat panierowanych skrzydełek? Pasażerowi przede mną wzięli ich ze sobą jakieś dwa wiaderka. Jedno jest pewne – zarówno moje nogi, jak i zmysły smaku oraz węchu będą wystawione w najbliższych tygodniach na ciężką próbę.

O Stanach Zjednoczonych mówi się dużo i wie się dużo, choćby nigdy się tam nie było. Niemal na każdym kroku spotykam zjawiska i rzeczy, które znam z filmów lub z opowieści. A wśród nich są dwa typowo amerykańskie wyróżniki: wszechobecni biegacze i osoby borykające się z nadmiarem kilogramów. Parki pełne są ludzi ubranych w sportowe stroje, a fast foody pękają w szwach od otyłych Amerykanów. Pierwsi - z wyrzeźbionymi łydkami, smukłymi sylwetkami i charakterystycznym wyrazem twarzy ludzi, którzy "nie odpuszczają". Drudzy - z trudem pokonujący każdy kolejny krok, a niekiedy poruszający się na wózkach. W pociągu, którym właśnie jadę, dolny poziom zajmują właśnie osoby, które nie są w stanie wejść na górę. Ale coś łączy obie te grupy - to uzależnienie. Jednych od ruchu, drugich od jedzenia.

Jestem tu dopiero od kilku dni i doskonale rozumiem, jak krótka może być w tym kraju droga do chorobliwej otyłości. Trudno jest znaleźć posiłek w rozsądnej cenie, który przypominałby normalny, choćby w miarę zdrowy obiad. Mówi się, że wielkie sieci - takie jak McDonalds - przeżywają właśnie największy kryzys od lat, bo ludzie nigdy wcześniej tak bardzo nie zwracali uwagi na to, co jedzą. Śmiem jednak twierdzić, że ten trend nie dotyczy Ameryki. A jeśli się mylę, to aż trudno mi sobie wyobrazić, jak było kiedyś.

Odwiedzając Stany, nie omieszkałem spróbować "prawdziwego" amerykańskiego hamburgera. Ja i moi znajomi zamówiliśmy burgery z sałatką, ale gdy rozejrzałem się po stolikach obok, niemal wszyscy mieli talerze wyładowane frytkami i chipsami. Taki standard. Nie wiem, ile będę ważył po powrocie do domu, ale wiem jedno: amerykańska kultura jedzenia wciąż prowadzi obywateli tego kraju do poważnych problemów ze zdrowiem. Skala tego zjawiska przytłacza.
Nic mnie tak nie motywuje do biegania, jak smaczny, choć nie zawsze dobry dla mojego organizmu obiad. Za przyjemności trzeba płacić, a lekkie wyrzuty sumienia działają na mnie niczym osobisty trener, który zawsze dopilnuje, by nie iść na łatwiznę. Swoje rachunki z kaloriami wyrównuję głównie wieczorami. I przyznaję, że jeszcze nigdy nie biegało mi się tak dobrze, jak po wybrzeżu New Jersey. Widok nowojorskich drapaczy chmur zapiera dech w piersiach i - z całym szacunkiem do ukochanej Warszawy - daje niespotykanego dotąd kopa. Nawet biegając po Filipinach nie czułem takiego powiewu wolności i lekkości, jak tam. Podobnie było dziś rano, gdy wstałem o 6:30 (tak, na urlopie!) specjalnie po to, aby z mieszkańcami Waszyngtonu pobiegać wokół miejsc, które są dla nich ważne. Czasami wręcz święte. Dla mnie, prawie trzydziestolatka wychowanego na amerykańskich filmach, było w tym coś absolutnie magicznego, symbolicznego.

Minął już rok i trzy miesiące, odkąd rozpoczęliśmy program PZU Biegaj na Zdrowie. Naprawdę nie spodziewałem się, że bieganie stanie się tak ważną częścią mojego życia. Zarówno fizycznego, jak i duchowego. Jest chwilą tylko dla mnie, metodą na złapanie oddechu po wielu godzinach pracy, ale i sposobem na poznawanie miejsc, do których podróżuję. Przede mną jeszcze kilkanaście dni spędzonych w Ameryce, tysiące kilometrów do pokonania i wiele biegowych tras, które już teraz rozbudzają moją wyobraźnię i ciekawość. Mam nadzieję, że jak najczęściej będę trafiał na "typowo amerykańskie" widoki, a nie kuszące "typowo amerykańskie" posiłki. Jeśli mi się nie uda, wkrótce będę miał "typowo amerykańską" sylwetkę.
Trwa ładowanie komentarzy...